Od ponad tygodnia Irlandia przeżywa paraliż infrastruktury drogowej i paliwowej. Całym krajem wstrząsają masowe protesty społeczne przeciwko nieakceptowalnym cenom paliw. Ich przyczyn początkowo doszukiwano się w szoku rynkowym związanym z kryzysem na Bliskim Wschodzie – ten okazał się jednak tylko częściowym, i to bynajmniej nie najważniejszym czynnikiem, który na ten stan wpłynął. Sytuację dodatkowo zaogniła zaś reakcja władz.
Trwające do dziś protesty rozpoczęły się 7. kwietnia. Farmerzy, przewoźnicy i kierowcy zablokowali trasę M50 wokół Dublina, O’Connell Street w samej stolicy, rafinerię Whitegate w hrabstwie Cork (jedyną w kraju), składy paliw w Limerick i Galway oraz kluczowe arterie. W szczycie dwie trzecie z około 1500 stacji benzynowych zostało bez paliwa, a dostawy wróciły do normy dopiero po ponad tygodniu. Według cokolwiek apokaliptycznego stanowiska organów rządowych, zagrożone były działalność służby ratunkowe, transport publiczny i łańcuchy dostaw żywności.
Koalicyjny rząd Fianna Fáil–Fine Gael najpierw zareagował pokazem arogancji: władze określiły protestujących „kryminalistami” i „elementami skrajnej prawicy”, odmówiono bezpośrednich negocjacji, a zamiast grożono użyciem armii. Taoiseach (premier) Micheal Martin publikował zaś szydercze docinki wobec protestujących. W weekend do tłumienia protestów faktycznie skierowano wspomnianą an tArm, czyli irlandzką armię, która wsparła Gardaí (policję) – żołnierze z ciężkim sprzętem, gaz pieprzowy i aresztowania „pomogły” oczyścić blokadę Whitegate oraz odcinki M50.
Zdeptać protesty nieoświeconej tłuszczy
Była to jawna demonstracja siły, pierwsza otwarta interwencja wojska w konflikt wewnętrzny, którą Irlandia widziała od lat (armii notabene nigdy nie skierowano tam przeciw bardziej gwałtownym niepokojom wywoływanym przez imigrantów). Efektem była jednak spektakularna porażka władz. Mimo usunięcia barykad, protesty nie wygasły – z początkiem tego tygodnia nadal notowano blokady dróg regionalnych i związane z tym gigantyczne korki. Opozycja (Sinn Féin i inni) złożyła wniosek o wotum nieufności wobec rządu , a sondaże pokazywały ponad 50-procentowe poparcie dla demonstracji.
Widząc, że policyjno-wojskowe represje nie działają, rząd postanowił pójść na „kompromis”: ogłosił „pakiet osłonowy” wart 505 mln euro (do wcześniejszych 250 mln). W praktyce pakiet ten nie oznaczał dotowania paliwa, a jedynie tymczasowe obniżenie akcyzy o 10 centów na litr benzyny i diesla (do końca lipca), 2,4 centa na „zielony” olej napędowy oraz odroczenie planowanej na 1 maja podwyżki podatku węglowego do października. Oficjalnie – „pomoc dla najsłabszych”, w rzeczywistości akt tymczasowy, szeroko uznany za cyniczne i jedynie pozorne ograniczenie apetytów fiskalnych władz.
Klimatyczny kult ważniejszy niż wola mieszkańców
To ostatnie jest o tyle uzasadnione, że od lat rozmaite obciążenia podatkowe przekładają się na ponad połowę ceny paliwa przy dystrybutorze – i zdaniem irlandzkich elit rządowych, to wciąż za mało. Ostatnie wzrosty paliw wiązano ze skokiem cen pod wpływem konfliktu na Bliskim Wschodzie. To jednak tylko jeden element wpływający na końcowe koszty, i bynajmniej nie najważniejszy – bo w dużej mierze tymczasowy. Znacznie silniejszym i trwalszym czynnikiem jest narzucana przez władze obłędna polityka „klimatyczna” i związane z nią próby zmuszenia całego kraju do akceptacji celów Net Zero.
Realizowana przez rząd bez względu na konsekwencje polityka „dekarbonizacji” w praktyce sprowadza się do coraz wyższych, nakładanych z premedytacją absurdalnie wysokich podatków na benzynę i inne paliwa, mających wymusić redukcję (a docelowo eliminację) wykorzystania węglowodorów w rolnictwie i transporcie, bez realnej alternatywy i bez społecznego mandatu. Politykę tę realizowały bowiem dwie główne irlandzkie partie (obecnie zresztą w koalicji), które od dekad zdominowały tamtejszą scenę polityczną i wymieniały się u władzy, tworząc duopol. Wybory nie przynosiły więc żadnej faktycznej zmiany.
Irlandia bulgocze pod pokrywką
Dlatego też tymczasowe zawieszenie części obciążeń oraz równie tymczasowe opóźnienie planowanych podwyżek nie uspokoiło nastrojów społecznych, którymi obecnie buzuje Irlandia. Protestujący domagają się nie „dotacji”, lecz trwałych obniżek cen oraz porzucenia wymuszonej dekarbonizacji – w tym wznowienia poszukiwań ropy u zachodnich wybrzeży Wyspy, blokowanych przez te same zielone regulacje. Blokady ulic wprawdzie zelżały po ogłoszeniu pakietu obniżek, ale wciąż trwają, a organizatorzy zapowiadają eskalację, jeśli żądania nie zostaną spełnione. A to bardzo możliwe, bo władze dalej upierają się przy „zielonej agendzie”.
Rząd Micheala Martina twierdzi przy tym, że przyczyną eksplozji społecznego nie są jego własne działania, lecz niedostateczna „komunikacja”. I gdyby tylko cała Irlandia czerpała wiedzę z oficjalnych komunikatów rządowych (zamiast z krytycznego wobec władz Internetu, który te ostatnie właśnie z tego względu chcą „uregulować”) , obywatele byliby z nowych podatków oraz rosnących kosztów paliwa zadowoleni – to w końcu „dla klimatu”. Jak twierdzą zatem niektórzy komentatorzy, elita polityczna nie straciła zatem nic ze swojej pogardliwej arogancji – a to zapowiada dalszy konflikt.