Somalijscy piraci powrócili – i chodzi tutaj o tych „tradycyjnych” piratów, z bronią w ręku napadający na statki na morzach świata, nie określanych w ten sposób somalijskich imigrantów w USA, masowo dopuszczających się gigantycznych wyłudzeń i defraudacji. Zagrożenie z ich strony, które ostatnimi latami wydawało się nieco uśpione, znów odżyło – w ciągu ostatniego tygodnia u wybrzeży Somalii doszło do czterech nowych ataków z ich strony na jednostki obsługujące morski transport i handel.
Już 22 kwietnia somalijscy piraci przemocą przejęli kontrolę nad tankowcem Honour 25, płynącym pod banderą… somalijską (!), z 17-osobową załogą (10 Pakistańczyków, 4 Indonezyjczyków, 1 Hindus, 1 Lankijczyk, 1 Birmańczyk). Statek, przewożący 18,5 tys. baryłek ropy – jak wiadomo, ładunku ostatnio szczególnie pożądanego ze względu na blokadę dostaw z Zatoki Perskiej – został skierowany w stronę somalijskiego wybrzeża i zakotwiczony między miasteczkami Xaafun a Bander Bejla.
Zaledwie kilka dni później, 27 kwietnia, piraci porwali statek towarowy Sward, pod banderą wysp St. Kitts i Nevis, który został zaatakowany 6 mil morskich od miasta Garacad. Kolejne doniesienia mówią o próbach abordażu na inne jednostki, w tym na statek rybacki i kolejny tankowiec, który został przechwycony u wybrzeży Puntlandu. Wszystkie te incydenty miały miejsce w ciągu zaledwie tygodnia, co stanowi najbardziej intensywny okres pirackich ataków od co najmniej 2018 roku (choć notowano je także w ub.r.).
Piraci wracają, cali na czarno?
W kolejnych latach jednak somalijscy piraci, którzy poprzednio wyrządzali spore straty światowemu handlowi morskiemu, zniknęli z nagłówków prasowych. Wpływ na tę sytuację miały zarówno działania oficjalnych flot wojennych, narodowe i międzynarodowe misje eskortowe na akwenie Zatoki Adeńskiej, jak i środki obronne podejmowane we własnym zakresie przez armatorów (w postaci instalowania urządzeń obronnych na pokładach statków czy zatrudniania najemników w celu odpierania ataków).
W miejsce somalijskich bandytów morskich w dużej mierze weszli za to jemeńscy Huti, którzy rozpoczęli ataki na żeglugę na Morzu Czerwonym. W przeciwieństwie do piratów, działających z oportunistycznych pobudek materialnych, Huti swoje ataki motywowali kwestiami polityczno-ideologicznymi. Są oni także znacznie lepiej zorganizowani, potrafiąc prowadzić operacje na znacznie większą skalę, zaś dzięki wsparciu irańskiemu dysponują też zaawansowanym uzbrojeniem, jak drony czy pociski balistyczne.
Teraz, wykorzystując trudną sytuację na morzach, może dojść także do renesansu aktywności Somalijczyków. Wspomniana sytuacja, zwłaszcza na akwenach bliskowschodnich, jest bowiem obecnie złożona i niebezpieczna. Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa 20% światowego handlu ropy naftowej, pozostaje częściowo lub całkowicie zablokowana, i to zarówno przez Iran, jak i USA. Amerykańska flota przechwytuje także irańskie statki handlowe, zaś Huti deklarują, że w przymierzu z Iranem gotowi są zablokować Cieśninę Bab al-Mandab, co dodatkowo zagraża globalnym szlakom handlowym.
Wszystko to niestety sprawia, że najgorsze lata somalijskiej piractwa mogą doczekać się przypomnienia, z tą różnicą, że dziś zagrożenie jest wielowymiarowe i obejmuje zarówno tradycyjnych piratów, jak i uzbrojone po zęby, ideologicznie zmotywowane grupy ze wsparciem państwowym.