To nie są już symulacje ani „ryzyko geopolityczne” w prezentacjach banków inwestycyjnych. Po amerykańsko-izraelskich uderzeniach na Iran ruch tankowców w rejonie Cieśnina Ormuz gwałtownie wyhamował. Część statków zawróciła, inne zatrzymały się u wejścia do szlaku, który odpowiada za blisko jedną piątą światowego handlu ropą i LNG. Codziennie cieśninę przekracza ok. 20 milionów baryłek ropy. O ryzyku takiego scenariusza informowaliśmy już wcześniej.
Według danych firm monitorujących żeglugę, przepływ jednostek stał się praktycznie jednokierunkowy. Statki opuszczają Zatokę Perską, ale nowe nie wchodzą. Irańskie media powiązane z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej informują, że cieśnina jest „praktycznie zamknięta”, a przepływ nie jest obecnie bezpieczny. Jednocześnie amerykańska marynarka zaleciła jednostkom cywilnym utrzymywanie dystansu co najmniej 30 mil morskich od jej obiektów wojskowych.
Na wodach Ormuzu w momencie eskalacji znajdowało się ponad 750 jednostek handlowych, w tym setki tankowców z ropą i gazem. To liczby, które z punktu widzenia rynku energii nie pozostawiają złudzeń: nawet krótkotrwałe zakłócenie oznacza natychmiastową reakcję cen.
Tankowce zawracają, ubezpieczyciele uciekają, fracht drożeje
Pierwsze decyzje armatorów pokazują skalę niepokoju. Operatorzy z Japonii i Grecji zaczęli zmieniać trasy lub wstrzymywać rejsy. Jednostki przewożące surowiec z Arabii Saudyjskiej, Iraku i Zjednoczonych Emiratów Arabskich zatrzymały się lub zawróciły, a przynajmniej osiem tankowców pozostaje w bezruchu na wodach Zatoki Omańskiej.
Równolegle ruszył mechanizm, który zawsze pojawia się jako pierwszy: rynek ubezpieczeniowy. Ubezpieczyciele ryzyka wojennego zaczęli składać wypowiedzenia polis jeszcze przed poniedziałkowym otwarciem rynku. To ruch wyjątkowy, sygnalizujący tempo eskalacji. Stawki, które wcześniej wynosiły około 0,25 proc. wartości statku, mogą wzrosnąć nawet o 50 proc. W praktyce oznacza to, że pojedynczy rejs tankowca wartego 100 mln dolarów może podrożeć o ponad 100 tys. dolarów.
Podobna presja dotyczy statków zawijających do portów izraelskich, gdzie ubezpieczenia już wcześniej drożały, a teraz rynek wycenia ryzyko potencjalnych irańskich działań odwetowych, w tym prób przejmowania jednostek.
Ryzyko błędu
Organizacje branżowe nie mówią o blokadzie w klasycznym sensie. Cytowane prze z Bloomberga, BIMCO wprost wskazuje, że Iran nie musi formalnie zamykać cieśniny, by skutecznie odstraszyć żeglugę. Wystarczy podnieść poziom niepewności do granicy, przy której armatorzy sami rezygnują z tranzytu. Firmy zajmujące się bezpieczeństwem morskim ostrzegają przed rosnącym ryzykiem błędnej identyfikacji jednostek cywilnych jako wojskowych. To kluczowy element tej fazy konfliktu.
W warunkach wysokiego napięcia nawet neutralny statek, szczególnie powiązany kapitałowo z USA lub Izraelem, może stać się celem „przez pomyłkę”. Porty w Bahrajnie zostały czasowo zamknięte, a doniesienia o eksplozjach w Abu Zabi, Kuwejcie i przechwyconych rakietach nad Katarem tylko pogłębiają atmosferę chaosu operacyjnego.
Amerykańskie dowództwo morskie ustanowiło specjalną strefę ostrzegawczą obejmującą Zatokę Perską, Zatokę Omańską, północne wody Morza Arabskiego i samą cieśninę. Formalnie nie zamyka to szlaku, ale w praktyce oznacza, że każdy rejs staje się decyzją wysokiego ryzyka.
Ropa reaguje. To dopiero początek presji cenowej?
Rynek zrobił to, co zawsze w takich momentach. Cena ropy WTI skoczyła o 12%, sięgając ponad 75 dolarów za baryłkę. Równolegle rosną stawki frachtowe, a traderzy zaczynają wyceniać nie sam konflikt, lecz jego drugorzędne skutki: opóźnienia dostaw, wyższe koszty ubezpieczeń i możliwe braki fizycznej dostępności surowca.
Warto podkreślić jedno: nie ma jeszcze potwierdzonych uszkodzeń infrastruktury energetycznej ani zatopionych jednostek handlowych. A mimo to rynek już reaguje nerwowo. To pokazuje, jak wrażliwy jest globalny system energetyczny na zakłócenia w jednym, wąskim gardle.
Z perspektywy analityka rynku ropy to moment graniczny. Jeśli sytuacja się ustabilizuje, obecny skok cen może pozostać epizodem. Jeśli jednak Ormuz pozostanie „praktycznie zamknięty” w sensie operacyjnym, świat bardzo szybko przekona się, jak cienka jest linia między geopolitycznym napięciem a realnym kryzysem energetycznym. Na razie tankowce stoją, a ubezpieczyciele liczą ryzyko. Rynek zacznie zadawać pytanie… Co, jeśli to nie jest chwilowe?