Chcesz pieniędzy korporacji? Pozwij ją przez aplikację! Czyli jak bez adwokata dostać „odszkodowanie”

Myślałeś o tym, by pozwać jakąś firmę, ale nie wiesz jak, nie masz pieniędzy na adwokatów albo zniechęca Cię perspektywa walki prawnej z korporacyjnym gigantem, gotowym procesować się do upadłego? Teraz nie musisz tego robić sam – wystarczy że sięgniesz po stosowne aplikacje i wpiszesz w którejś z nich kilka informacji. I już. Że absurd? Zapewne – jakkolwiek, gwoli uczciwości, kultura prawna współczesnej cywilizacji widziała nie takie absurdy. Często zresztą wymyślane i wykorzystywane przez wspomnianych gigantów. Akurat w tym jednym przypadku prawna kreatywność zadziałała przeciw nim.

Rynek narzędzi do automatycznego składania pozwów przeciw korporacjom rozrasta się w tempie, które zaskakuje nawet najbardziej zobojętniałych na prawne nowinki i nonsensy obserwatorów. Aplikacje takie jak DoNotPay, Claimed, SettleMate czy Sparrow umożliwiają użytkownikom złożenie pozwu przeciwko firmom — od gigantów technologicznych po linie lotnicze — bez konieczności angażowania adwokata, a często nawet bez konieczności fizycznego stawiennictwa w sądzie. Wystarczy wypełnić formularz, załączyć dowody (np. potwierdzenie zakupu, korespondencję e-mailową) i kliknąć przycisk.

System generuje gotowy pozew, a w przypadku pozwów zbiorowych — dołącza użytkownika do istniejącej sprawy, gdzie reprezentacja prawna jest zapewniona przez podmiot prowadzący grupowe postępowanie. Kwoty, o które można się ubiegać, sięgają nawet 25 tys. dolarów w sprawach rozpatrywanych w USA w sądach do spraw drobnych (small claims court), przy czym w niektórych stanach limit ten wynosi 10 tys. dol. W praktyce jednak większość spraw dotyczy kwot rzędu kilku tysięcy, a same aplikacje czerpią zyski z prowizji pobieranej od wygranych spraw lub z opłat abonamentowych.

W kupie siła

Mechanizm działa szczególnie sprawnie w przypadku pozwów zbiorowych, gdzie jeden podmiot (np. kancelaria prawna) reprezentuje grupę poszkodowanych. Użytkownik aplikacji dołącza do sprawy, a cała procedura — od zebrania dowodów po negocjacje ugody — jest prowadzona centralnie. W istocie w tym tkwi sedno skuteczności biznesowego modelu tych aplikacji: nie zastępują one adwokata w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz ułatwiają masowe dołączanie do procesów zbiorowych, w których prawna reprezentacja jest już zapewniona.

Bez tego ograniczenia system traci na skuteczności — indywidualne pozwy przeciwko korporacjom, nawet jeśli formalnie złożone, rzadko kończą się sukcesem bez profesjonalnego wsparcia prawnego. A przede wszystkim – kosztują nieprzytomne pieniądze. Rachunki za usługi dobrych adwokatów, a najczęściej tylko tacy mają realne szanse wyprocesować cokolwiek od dużych firm, wynoszą w sprawach cywilnych dziesiątki i setki tysięcy dolarów, o ile nie miliony. Tylko w sprawach rokujących oczywisty sukces adwokaci ci zgadzają się prowadzić sprawy w zamian za procent od wygranej, zamiast ustalonego honorarium.

Najczęściej zresztą w powyższych przypadkach obywa się bez procesu, zaś strony zawierają ugodę. Tymczasem wymogi, by skorzystać z usługi przez aplikacje, często są minimalne: potrzeba dowodu szkodliwego działania (np. naruszenia prywatności danych lub ich nieuprawnionego zbierania, opóźnionej dostawy, nieuzasadnionej opłaty) oraz cierpliwości w odniesieniu do procedur, które — mimo automatyzacji — mogą trwać miesiącami. Aplikacje te nie gwarantują zresztą wygranej, a ich skuteczność zależy od jakości dostarczonych dowodów i specyfiki sprawy.

Aplikacje w roli cyfrowych „adwokatów”

Mimo to, ich popularność rośnie: DoNotPay zyskał rozgłos już w 2017 roku, pomagając poszkodowanym w wycieku danych Equifax odzyskać kwoty rzędu 9–11 tys. dolarów na osobę, a od tamtej pory rozbudował swoją ofertę o kolejne obszary sporów konsumenckich. Oczywiście, cała aktywność nie ma szczególnie wysokiej renomy.

Zjawisko to jest bowiem kwintesencją prawnego trollingu — cyfrową wersją „ambulance chaserów”, którzy polują na okazje do wyłudzenia odszkodowań, wykorzystując luki systemowe i błędy prawne korporacji. Firmy, obawiając się kosztów procesu i negatywnego PR, często godzą się na ugody, nawet jeśli roszczenia są wątpliwe. Aplikacje te nie tworzą nowych roszczeń, lecz „demokratyzują” dostęp do istniejących mechanizmów — co, jak się okazuje, w praktyce oznacza masowe generowanie pozwów, z których część kończy się sukcesem, a część — odrzuceniem lub umorzeniem.

Ale sama szansa, by załapać się na kilka tysięcy „darmowych” dolarów od korporacji, dla wielu jawi się bardzo kusząco.