Przez lata inwestorzy żyli w prostym paradygmacie: przyszłość należy do OZE, a największym ryzykiem są aktywa oparte na paliwach kopalnych. Ten obraz zaczyna się sypać. Nie dlatego, że wiatraki czy fotowoltaika nagle przestały mieć sens. To wierzchołek góry lodowej. System, do którego mają dostarczać energię, nie nadąża. Bankierzy z Barclays w marcu wskazali na wąskie gardła w sieciach elektroenergetycznych.
Początek problemów
To oczywiste. Bez dostępu do sieci nawet najlepiej zaprojektowana farma wiatrowa czy słoneczna może stać się aktywem bez realnej wartości operacyjnej. Przypomnijmy, że powolne odchodzenie od 'pompowania’ inwestycji w zielone źródła energii rozpoczęło się niemal od razu po wygranych wyborach przez Donalda Trumpa. Banki i duże fundusze, w tym BlackRock zaczęły 'rakiem’ wycofywać się z dużych inicjatyw i projektów.
Branża przeżywa trudny okres, a akcje dziesiątek spółek z sektora radzą sobie słabo. Jeśli branża miałaby naprwadę zatonąć, może pociągnąć ze sobą sektor finansowy. Pożyczki pod sektor OZE na przestrzeni ostatnich tylko 5 lat liczone są w setkach miliardów dolarów. To także w tym właśnie obszarze gospodarki lądowała spora część funduszy inwestowanych za pośrednictwem płynności z tzw. BDC: kapitału z 'private credit’ i 'private equity’.
Nowa generacja porzuconych aktywów
Jeszcze niedawno „osierocone aktywa” kojarzyły się z węglem i ropą. Dziś w ocenie Barclays ten sam problem zaczyna dotyczyć odnawialnych źródeł energii. Jeśli projekt nie uzyska przyłączenia do sieci lub trafia na wieloletnią kolejkę, jego model finansowy przestaje się spinać. W praktyce oznacza to zmianę sposobu wyceny.
Już nie wystarczy produkować energii, trzeba ją jeszcze dostarczyć. W Europie i USA rośnie liczba projektów, które formalnie istnieją, ale nie mogą wejść do systemu. Co więcej, operatorzy sieci w niektórych przypadkach zmuszeni są płacić farmom wiatrowym za ograniczanie produkcji, gdy system nie jest w stanie przyjąć nadwyżki energii. Barclays mówi wprost: jeśli problem się utrzyma, część projektów OZE może upaść.
Kapitał płynie, ale system nie nadąża
Obecny cykl energetyczny jest wewnętrznie sprzeczny. Z jednej strony inwestycje w odnawialne źródła energii są rekordowe. Z drugiej strony globalne zużycie paliw kopalnych pozostaje najwyższe w historii. Do tego dochodzi czynnik geopolityczny. Napięcia na Bliskim Wschodzie podbijają ceny ropy i gazu, a około 20 procent globalnej podaży ropy przechodzi przez cieśninę Ormuz.
Modele rynkowe wskazują, że spadek podaży o 1 procent może podnieść ceny nawet o 4 procent, co w scenariuszu eskalacji konfliktu może przełożyć się na wzrost cen ropy nawet do ok. 110 dolarów za baryłkę. To około 80 procent powyżej poziomów sprzed eskalacji. W takim otoczeniu bezpieczeństwo dostaw znów zaczyna dominować nad celami klimatycznymi.
Wąskie gardło, które kosztuje miliardy
Najbardziej niedoceniany element transformacji to infrastruktura. Bez niej nowe moce są bezużyteczne. BloombergNEF już w 2023 roku wskazywał, że nowe instalacje bez odpowiednich sieci przesyłowych nie mają realnej wartości systemowej. Pod koniec 2025 roku problem się pogłębił: kolejki przyłączeniowe w USA i Europie szybko się wydłużają.
Kluczowe komponenty również stają się ograniczeniem. Przykładowo, czas dostawy dużych transformatorów wynosi dziś nawet 5 lat, co bezpośrednio blokuje realizację projektów sieciowych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna wskazuje, że niedobory w zakresie przesyłu, dystrybucji i interkonektorów opóźniają przyłączanie nowych mocy, podnoszą koszty i ograniczają udział projektów w aukcjach.
Punkt zwrotny dla inwestorów
Dla inwestorów oznacza to zmianę strategii. Transformacja energetyczna przestaje być wyłącznie historią o turbinach i panelach. Teraz większe znaczenie mają sieci, magazyny energii, systemy zarządzania i infrastruktura przesyłowa. To tam zaczyna powstawać realna wartość. Ta jednak może nigdy nie powstać.