AI pożera prąd, a upały testują sieć. Coraz bliżej energetycznej ściany

Sztuczna inteligencja lubi przedstawiać się jako coś lekkiego, niemal niewidzialnego. Aplikacja w telefonie, chatbot w przeglądarce, algorytm w chmurze. Problem w tym, że za tą „chmurą” stoją bardzo konkretne serwerownie, kable, transformatory, elektrownie i rachunki za prąd. W Stanach Zjednoczonych właśnie widać to wyjątkowo dobrze. Operator PJM, obsługujący ogromną część wschodniej i środkowej części kraju, wydał alerty pogodowe na czas fali upałów od końca czerwca do 3 lipca. Prognozowane zapotrzebowanie na energię miało rosnąć dzień po dniu i 2 lipca dojść do ponad 160 tys. MW. Historyczny letni rekord PJM wynosi 165 563 MW i pochodzi jeszcze z 2006 roku.

Upał jest testem. AI jest nowym obciążeniem

Sam upał nie jest niczym nowym dla energetyki. Klimatyzatory od lat potrafią wypchnąć zużycie prądu na rekordowe poziomy. Nowe jest jednak to, że sieć wchodzi w takie momenty z dodatkowym ciężarem. Centrami danych, chmurą obliczeniową i infrastrukturą pod AI.

To już nie jest akademicka dyskusja o tym, czy chatboty zużywają dużo energii. Departament Energii USA wskazuje wprost, że popyt na prąd rośnie m.in. przez centra danych obsługujące sztuczną inteligencję i usługi chmurowe. W praktyce oznacza to, że rewolucja AI przestaje być wyłącznie tematem giełdowym. Nie chodzi tylko o Nvidię, Microsoft, Google czy wyceny spółek technologicznych. Chodzi o to, czy sieć energetyczna nadąży za obietnicami, które składają inwestorom giganci technologiczni.

Chmura potrzebuje elektrowni

Najciekawsze jest to, że problem robi się coraz mniej cyfrowy, a coraz bardziej przemysłowy. Jeśli data center ma działać 24 godziny na dobę, potrzebuje stabilnej energii. Jeśli setki takich obiektów powstają jednocześnie, potrzebują nie tylko prądu, ale też przyłączy, mocy rezerwowych i infrastruktury, której nie buduje się w kilka miesięcy.

Dlatego alerty PJM są czymś więcej niż lokalnym ostrzeżeniem przed gorącym tygodniem. Pokazują słaby punkt całej opowieści o AI. Modele mogą być coraz potężniejsze, inwestorzy mogą pompować kolejne miliardy, a politycy mogą mówić o nowej erze produktywności. Ale na końcu ktoś musi dostarczyć energię.

To widać już w cenach. Tam, gdzie powstają największe skupiska centrów danych, energia przestaje być po prostu kosztem operacyjnym, a zaczyna być strategicznym zasobem. Virginia, Teksas, Ohio czy Pensylwania nie są przypadkowymi punktami na mapie. To miejsca, w których cyfrowa gospodarka coraz mocniej konkuruje o prąd z przemysłem, gospodarstwami domowymi i tradycyjną infrastrukturą.

Czytaj więcej w dziale gospodarka na Bithub:

Ile naprawdę zarabiają nauczyciele w Polsce? Te dane mogą zaskoczyć

Prezes Fed, Warsh przemawia w Sintrze. Wall Street traci – co zrobi Rezerwa Federalna?

Avon i Neptun ukarane przez UOKiK. Milionowe kary dla gigantów