Bankowi HSBC francuska prokuratura właśnie postawiła zarzuty kryminalne. Miał on przez całe lata umożliwiać i obsługiwać proces wyprowadzania i defraudowania publicznych pieniędzy – i tego faktu nie dostrzegł. Względnie nie chciał dostrzec.
Za okruch słabej ironii można uznać fakt, ze największa pod względem aktywów instytucja Europy to Hongkong and Shanghai Banking Corporation. Ironia ogranicza się jednak do nazwy – bank ten założył niegdyś kapitał brytyjski z myślą o zyskach kolonialnych, zaś sam bank utrwalił się w szerszej świadomości pod mianem HSBC. A utrwalił się, bowiem jest to w istocie jeden z największych banków świata, z operacjami na różnych kontynentach i w różnych regionach. Właśnie operacje w jednym z regionów – na Bliskim Wschodzie – właśnie przyprawiły ów bank o zarzuty kryminalne.
Oto bowiem francuska prokuratura oskarża szwajcarski oddział HSBC o udział w praniu brudnych pieniędzy i sprzysiężeniu mającym na celu defraudację środków publicznych. Krócej mówiąc, bank miał ułatwiać i obsługiwać wyprowadzanie pieniędzy należących do państwa (konkretnie chodzi o państwo libańskie) przez przedstawicieli tegoż państwa. Dochodzenie francuskich prokuratorów dotyczy podejrzenia, że bank pomagał byłemu gubernatorowi Banku Centralnego Libanu, Riadowi Salamehowi, w uskutecznianym przez tegoż procederze wykradania środków z zarządzanej przez siebie instytucji.
Przedmiotem śledztwa są operacje obejmujące około 300 mln dolarów, wyprowadzonych z Banque du Liban w latach 2002–2015. Środki trafiały na konta prowadzone w HSBC przez Forry Associates, offshore’ową spółkę powiązaną z Rają Salamehem, bratem b. gubernatora. Szwajcarski nadzór finansowy FINMA wcześniej zidentyfikował te przepływy jako pochodzące z libańskiej instytucji publicznej, i jednocześnie wskazując, że bank nie przeprowadził należytych weryfikacji źródła i celu transferów. Skutkiem tego Szwajcarzy zakazali HSBC obsługi nowych klientów z kategorii PEP (public exposed person).
HSBC patrzy w przeciwnym kierunku
Sam Riad Salameh, który przez trzy dekady (!) kierował bankiem centralnym Libanu, obecnie spędza swój czas w areszcie w Bejrucie, po zatrzymaniu we wrześniu 2024 roku. Oprócz francuskiego i szwajcarskiego śledztwa, dżentelmen ów figuruje w systemach Interpolu jako obiekt listów gończych, zaś stosowne organy śledcze w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie nałożyły na niego indywidualne sankcje. Wysuwane wobec niego oskarżenia obejmują litanię zarzutów z zakresu korupcji, defraudacji, kreatywnej księgowości, prania brudnych pieniędzy, fałszerstw, poświadczenia nieprawdy etc.
W szczególności miał on wyłudzić wspomniane wcześniej 300 milionów poprzez mechanizmy księgowe, w których wykorzystywano fikcyjne stopy procentowe rzędu 20 proc. a oficjalnie ustalanych przez libański bank centralny, aby przyciągnąć nowy kapitał. Jak twierdzą zarówno libańskie organy śledcze, i owszem, chodziło o przyciągnięcie kapitału – tyle, że nie do banku, a na prywatne konta gubernatora i jego totumfackich w innych krajach. Do tego grona dołączyli prokuratorzy francuscy, a także szwajcarscy, którzy swoje postępowanie prowadzą od 2020 roku.
Udział banku HSBC w machinacjach pana Salameha może być trudny do podważenia – ze wspomnianych 300 milionów dolarów, które zawieruszyły się z kont libańskiego banku centralnego, około 248 milionów okazało się odpoczywać na jego prywatnym koncie, właśnie w szwajcarskim oddziale HSBC. Co logiczne, śledczy twierdzą, że bank nie dopełnił obowiązków weryfikacji pochodzenia środków, ich celu ani kontekstu gospodarczego w przypadku dwóch „historycznych” relacji biznesowych. Innymi słowy, zupełnie zignorował kwestię „due diligence”.
Nie jest to pierwsze takie fiasko w historii HSBC. Raptem w zeszłym roku bank musiał zapłacić rekordową karę za udział w innej aferze finansowej.
„Szwajcaria Bliskiego Wschodu” – niegdyś
Skandal z wyprowadzaniem pieniędzy z Banku Centralnego Libanu to jeden z najgłośniejszych przypadków korupcji w ostatnich latach, który nie tyle ujawnił, co mocno zaznaczył systemowe patologie libańskiego systemu polityczno-gospodarczego. Zaś Riad Salameh, który przez lata był tak dobrym klientem HSBC, nie był przecież jedyny. Jego korupcyjna działalność była możliwa w dużej mierze dzięki głębokiej infiltracji wszystkich poziomów i aspektów życia publicznego w Libanie przez wpływy polityczne, partyjne, etniczne, klanowe i religijne.
Wymuszony przez historyczne okoliczności (i francuskie władze kolonialne) sektarianizm, czyli podział władzy między wyznaniami oraz przenikanie się interesów państwowych i grupowych – w tym Hezbollahu, który działa jednocześnie jako część libańskiego establishmentu i zarazem odrębne, radykalne, zbrojne para-państwo stojące w opozycji do tego oficjalnego – czyni praktyczną walką z nadużyciami bardzo problematyczną. W wielu przypadkach brak jest tam poczucia jakiejkolwiek lojalności wobec Libanu jako kraju – i nie bez powodu, państwo jest bowiem traktowane po prostu jako łup tej czy innej grupy.
Salameh, choć formalnie związany z chrześcijańską społecznością bankierską, przez lata utrzymywał delikatną równowagę między zachodnimi instytucjami finansowymi a libańskim establishmentem, w tym interesami Hezbollahu. Kiedy wybuchł tam ostatni kryzys, lira libańska straciła 98 proc. wartości, a ludzie potracili oszczędności życia, okazało się, że elity polityczne wszystkich wyznań – od sunnickich premierów poprzez szyickich przywódców Hezbollahu po maronickich prezydentów – korzystały z banku centralnego jako z prywatnej skarbonki.
Nie sposób powstrzymać się od wniosku, że to smutny los jak na kraj, który kiedyś, ze względu na bogactwo i siłę gospodarczą, nazywano „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”.