Giełda Papierów Wartościowych w Caracas odnotowuje wyraźny wzrost aktywności. Szereg wenezuelskich spółek przygotowuje się do emisji akcji na lokalnym parkiecie, a obroty rosną w sposób zauważalny po latach niemal całkowitego paraliżu. Nie byłoby to może nic zaskakującego – ot, biznes notuje wzrosty i spadki koniunktury – gdyby nie fakt, że chodzi o instytucję, która przez niemal półtorej dekady, w toku której Wenezuela pozostawała pod rządami Nicolása Maduro, znajdowała się w stanie bliskim śmierci klinicznej. I mało kto mógł wtedy liczyć, że z tego stanu kiedyś wyjdzie.
Jednak po spektakularnym obaleniu Maduro przez Amerykanów z początkiem stycznia tego roku w Caracas powiały nowe wiatry polityczne. Nowe władze, na czele z „tymczasową” prezydent Delcy Rodríguez, prowadzą działania mające na celu odbudowy gospodarki i (zwłaszcza) budżetu tego kraju z ruiny, w jaką wpędziły je lata „boliwariańskiego socjalizmu” vel Chávizmu. Priorytetem jest dla nich naturalnie sektor wydobywczy i powrót do efektywnej eksploatacji największych na świecie rezerw ropy, jakimi dysponuje Wenezuela. Niezbędnym krokiem w tym kierunku jest jednak pozyskanie inwestorów.
Inwestorzy pilnie poszukiwani
A to wymaga odzyskania ich zaufania – zadania niełatwego, biorąc pod uwagę całkiem niedawne doświadczenia historyczne. Aby to osiągnąć, wenezuelska minister ds. węglowodorów, Paula Henao przedstawiła podczas konferencji energetycznej w Teksasie proponowane nowe ramy prawne dla branży naftowej – przewidujące, co najistotniejsze, możliwość rozstrzygania sporów kontraktowych poza granicami Wenezueli, poprzez arbitraż międzynarodowy. Celem jest przekonanie koncernów naftowych – których kapitału i technologii Wenezuela desperacko potrzebuje – że tym razem ryzyko będzie mniejsze.
I w rzeczy samej, liczne grono podmiotów z branży naftowo-paliwowej podchodzi do przemian w tym kraju optymistycznie. Firmy takie jak Shell i BP rozwijają projekty gazowe na szelfie kontynentalnym, Repsol zapowiada wzrost produkcji w istniejących projektach, zaś Eni podpisała umowy związane z projektem Junin-5 w pasie rzeki Orinoko. Eksport ropy z Wenezueli osiągnął w kwietniu 1,23 mln baryłek dziennie – najwyższy poziom od ponad siedmiu lat. W odróżnieniu od jeszcze niedawna, gdy całość urobku kupowały po przecenie Chiny, teraz większość trafia do USA, Indii i Europy.
Na tym tle odnotowano istne odrodzenie aktywności na giełdzie w Caracas – jednej z najmniejszych w regionie, z historycznie niskimi obrotami rzędu poniżej miliona dolarów dziennie, która jednak zaczęła raptownie przyciągać uwagę. Indeks IBC, główny wskaźnik wenezuelskiej giełdy, wzrósł o 2 026,84% w ciągu roku, osiągając 5 666 punktów 15 maja 2026 roku, a w styczniu 2026 zanotowano nawet jednodniowy skok o 74,68% – z 2 231 do 3 897 punktów. Wzrosty napędzane są przez spodziewane dalsze luzowanie sankcji i z powrotem napływający kapitał – nawet mimo faktu, że rynek pozostaje płytki.
Wenezuela w złowrogim cieniu Chávizmu
W tle tych optymistycznych ruchów pozostaje jednak bolesna historia rabunku z czasów rządów Hugo Cháveza i Nicolása Maduro. W 2007 r. Wenezuela wywłaszczyła mienie działających tam firm naftowych, jak ExxonMobil i ConocoPhillips, co doprowadziło do wielomiliardowych roszczeń arbitrażowych – szacowanych na dziesiątki miliardów dolarów. Mimo wsparcia Białego Domu, który naciska na szybki powrót amerykańskich graczy, wielu inwestorów zachowuje daleko idącą ostrożność. Pamięć o utraconym mieniu i (nadal) brak wypłaty odszkodowań wciąż działa jak zimny prysznic na inwestorów.
Wenezuela dysponuje największymi potwierdzonymi rezerwami ropy na świecie, a wiele złóż nie wymaga nawet nowych odkryć – wystarczy zainwestować w istniejącą infrastrukturę. Jednak poza geografią wszystko stanowi wyzwanie: wyniszczone latami rabunkowej eksploatacji instalacje potrzebują remontów, ciężka ropa z regionu Orinoko wymaga rozrzedzania i dedykowanych procesów rafinacyjnych, zaś w dalszym ciągu autorytarne organy i struktury administracyjno-sądownicze tego państwa nie budzą zaufania ani pewności prawnej.
Także sytuacja wewnętrzna, mimo reorientacji politycznej po wydarzeniach styczniowych, pozostaje napięta. Władze tymczasowe, mimo obietnic, wciąż mierzą się z niskim poparciem społecznym, z kolei społeczeństwo – z utrzymującym się, tragicznie niskim poziomem życia. W kraju nadal przebywa kilkaset osób uznawanych za więźniów politycznych – w toku amnestii zwolniono około 600 osób, jednak dalsze kilkaset ma nadal pozostawać w owianych złą sławą więzieniach, zaś represyjny charakter państwa i jego oparcie na terrorze bezpieki oraz afiliowanych przy niej gangów (collectivos) utrzymuje się.
Inwestorzy wracaj, jednak powoli i nieufnie – zaś rządowi w Caracas, kierowanemu przez, było nie było, do niedawna jedną z najbliższych współpracowniczek Maduro, niełatwo będzie ich do końca przekonać, że tym razem na pewno nie ma się już czego obawiać.