Gigant sportowy dyskryminował białych pracowników, nielegalnie uzależniał premie od rasy. Śledztwo i wniosek

Amerykańska Komisja ds. Równych Szans w Zatrudnieniu (Equal Employment Opportunity Commission, EEOC), złożyła 4 lutego 2026 r. wniosek egzekucyjny w sądzie federalnym w stanie Missouri, w sprawie dotyczącej koncernu Nike (EEOC v. NIKE, Inc., nr 4:26-mc-00128). Wniosek ten stanowi eskalację działań podejmowanych w ramach śledztwa prowadzonego przez EEOC przeciwko firmie w związku z zarzutami o systematyczną, uporczywą dyskryminację rasową wobec białych pracowników oraz nachalne faworyzowanie wszystkich tych o ciemniejszej skórze.

Posunięcie Komisji ma na celu wyegzekwowanie kontroli wewnętrznych dokumentów firmy – których Nike, mimo uprzednich wezwań, udostępnić nie chciała. Sprawa obejmuje okres od 2018 roku i koncentruje się na niesławnych programach Diversity, Equity and Inclusion (DEI), w tym zwłaszcza normach rasowych, które firma wyznaczyła sobie na rok 2025, mimo zarządzeń amerykańskiej administracji federalnej pod kierownictwem Donalda Trumpa, a wymierzonych w te programy jako dyskryminacyjne, opresyjne i łamiące korporacyjny obowiązek powierniczy.

Just don’t do it

Dochodzenie EEOC koncentruje się na łamaniu przez firmę Tytułu VII Ustawy o Prawach Obywatelskich z 1964 r., zakazującej dyskryminacji rasowej w zatrudnieniu. Nike miała dopuszczać się kompleksowego, systematycznego szykanowania białych pracowników na każdym etapie działalności w procesach rekrutacji, awansów, degradacji, zwolnień – w tym selekcji do redukcji etatów – oraz w programach stażowych, mentoringowych i rozwojowych. We wszystkich tych przypadkach faworyzowano, bez względu na kompetencje lub ich brak, czarnych i kolorowych, dyskryminując białych.

Co więcej, firma miała wyznaczać kwoty rasowe (przywołując najgorsze wspomnienia I poł. XX wieku), dotyczące zmniejszenia procenta białych pracowników na poszczególnych szczeblach organizacji. Od wypełnienia tych kwot uzależniano premie kierownictwa i menedżerów. Nike prowadziła też działania w celu aktywnego monitorowania danych rasowych i etnicznych dot. swoich pracowników, i używała ich do odgórnego planowania redukcji zatrudniania pracowników o europejskim rodowodzie (co określano jako wsperanie „różnorodności”) oraz ograniczania im możliwości rozwoju i awansu („inkluzywność”).

Wszystko to stanowi jawne łamanie prawa – na tyle, że nawet niepotwierdzone doniesienia dotyczące podobnych zachowań wobec czarnych lub brązowych w przeszłości wystarczały, by wywołać medialne skandale, wyrazy oburzenia, potępianie etc. Tymczasem to samo, tyle że wobec białych, reakcji nie wywoływało – zupełnie jakby rasizm wobec białych był akceptowalny. Warto też zaznaczyć, że sama Nike była jedną z firm, które najgłośniej obnosiły się ze swoją „walką z rasizmem”. Ale tylko rasizmem wobec faworyzowanej przez siebie grupy, należałoby dodać.

Nike niestety nie jedyna

Stan ten zaczął się wyraźnie zmieniać rok temu, w wyniku serii dekretów wykonawczych Trumpa, które nie tyle zmieniły stan prawny (dyskryminacja wobec białych, podobnie jak wszystkich innych, była nielegalna już wcześniej), co po prostu nakazały zwalczanie ich, wykorzystując istniejące przepisy. W rezultacie tego cały szereg korporacji, wcześniej ostentacyjnie angażujących się w dyskryminacyjne praktyki pod hasłami DEI, się od takowych odciął, deklarując naprawienie szkód. Daleko jednak nie wszystkie, jak właśnie Nike. Tym niemniej należy odnotować jednoznaczny trend odwrotu od rasizmu wobec białych w USA.

To o tyle znaczące, że gdzie indziej – nie tylko w Afryce, ale też w Europie – rasizm ten wciąż jest promowany i aplikowany, i to oficjalnie. W ramach przykładu – zaledwie w tym tygodniu brytyjski rząd ogłosił plan, który ma uczynić brytyjską wieś „mniej białą” (dosłownie tymi słowy – „less white”!) i mniej jednolitą etnicznie. Aby to osiągnąć, planuje zachęcać muzułmańskich i afrykańskich imigrantów do osiedlania się tam, w miarę możliwości sprzyjając utrzymywaniu spoistości „społeczności imigranckich”, zarazem utrudniając na wszelkie sposoby zachowanie spoistości rodowitych Brytyjczyków.

Z kolei pewna skrajnie lewicowa hiszpańska polityk wezwała do „zastąpienia” obywateli hiszpańskich niepodzielających jej ideologii przez imigrantów – co w logiczny sposób uznano za wezwanie do ludobójstwa. Jak bowiem inaczej można by mówić o „zastąpieniu” obywateli Hiszpanii, którzy przecież dobrowolnie „zastąpić” by się nie chcieli dać… To wszystko w sytuacji, w której większość europejskich wyborców jest przecież o białej skórze – i nic. Pomimo przepisów penalizujących pochwalanie ludobójstwa, nie słychać, aby lewackiej polityk groziły konsekwencje prawne.