Na początku roku dyskusja wokół Fed kręciła się przede wszystkim wokół tego, kiedy pojawi się przestrzeń do łagodzenia polityki pieniężnej. Niestety dla Wall Street, ten kierunek rozmowy zaczął się odwracać wraz z amerykańsko-izraelskimi atakami na Iran. Po spadku do ok. 70 USD, rropa wróciła powyżej 90 dolarów za baryłkę, konflikt USA z Iranem ponownie uderzył w oczekiwania inflacyjne, a piątkowe wystąpienie Kevina Warsha w Jackson Hole rynek odebrał jako wyraźnie jastrzębie. W efekcie indeksy giełdowe co prawda powoli, ale jednak tracą.
Prawdopodobieństwo podwyżki stóp Fed już we wrześniu wzrosło, co za tym idzie – rentowności krótkoterminowych obligacji USA poszły w górę, krzywa dochodowości się wypłaszczyła, a podobny ruch widać również w Niemczech i Japonii. JPMorgan nie jest jednak przekonany, że Fed rzeczywiście ruszy już za kilka tygodni. Dlaczego? Bank nadal wskazuje grudzień jako bardziej prawdopodobny moment pierwszej podwyżki, choć przyznaje, że wrześniowe posiedzenie przestało być scenariuszem czysto teoretycznym.
Rynek wycenia obecnie niespełna 60% prawdopodobieństwa podwyżki stóp Fed w nadchodzącym miesiącu. JPMorgan nadal zakłada, że pierwsza podwyżka nadejdzie dopiero w grudniu. Ale consensusu w tej sprawie nie ma. Na przykład brytyjski Barclays oczekuje ruchów o 25 pb zarówno we wrześniu, jak i w grudniu. W naszej opinii Fed nie podniesie stóp we wrześniu, a dane NFP mogą rozczarować wszystkich oczekujących od gospodarki USA ciągłej odporności.
JPMorgan nie kupuje scenariusza podwyżek?
Michael Feroli, główny ekonomista JPMorgan ds. USA, pozostaje ostrożniejszy od rynku. Bank nadal spodziewa się, że Fed poczeka z podwyżką do grudnia, choć Feroli przyznał, że wrześniowe posiedzenie jest już realnie „otwarte”. Innymi słowy, JPMorgan nie twierdzi, że rynek przesadza całkowicie. Twierdzi raczej, że inwestorzy mogą być o jeden krok za szybko.
Najciekawsza część jego komentarza dotyczy jednak samego Warsha. Zdaniem Feroliego piątkowe wystąpienie pokazało szefa Fed znacznie bardziej skłonnego do przekładania obaw o inflację na konkretne zacieśnienie polityki. To istotna zmiana interpretacji. Fed może tolerować słabszy wzrost gospodarczy czy nawet pogarszający się rynek pracy, jeśli uzna, że kolejny szok energetyczny zaczyna przenikać do szerszej inflacji.
Barclays idzie już dalej. Bank spodziewa się obecnie podwyżki o 25 punktów bazowych zarówno we wrześniu, jak i w grudniu. Rynek znalazł się więc w dość nietypowej sytuacji: część dużych instytucji nadal widzi pierwszy ruch dopiero pod koniec roku, ale ceny obligacji zaczynają dyskontować możliwość szybszej reakcji. Kto ma rację? Najbliższe dane prawdopodobnie rozstrzygną więcej niż kolejne przemówienia bankierów centralnych.
Ropa komplikuje Fedowi sytuację dokładnie w złym momencie
Brent podrożał w poniedziałek o około 2% i utrzymywał się powyżej 90 dolarów za baryłkę po kolejnej eskalacji między USA i Iranem. Amerykańskie siły zaatakowały dwa irańskie stanowiska na wyspie Larak, Iran odpowiedział atakami na siły USA w Jordanii i poinformował o trafieniu tankowca w Cieśninie Ormuz. Donald Trump napisał później, że terminal naftowy na wyspie Chark jest niszczony, choć brakowało wojskowego potwierdzenia tej informacji. Rynek ropy nie potrzebował wiele więcej.
Problem polega na tym, że Fed dostaje szok podażowy w momencie, gdy inflacja nadal nie daje żadnego komfortu. Sam sekretarz skarbu Scott Bessent argumentował dziś, że tradycyjnie nie podnosi się stóp w odpowiedzi na szok podażowy i podkreślał, że inflacja bazowa pozostaje ograniczona. Teoretycznie ma rację. Jednak jeśli ropa utrzyma się wysoko przez kilka miesięcy, granica pomiędzy jednorazowym szokiem a trwalszą presją cenową zaczyna się rozmywać.
Widać to już na obligacjach. Rentowność amerykańskich dwulatek utrzymywała się w okolicach 4,35%, po piątkowym skoku o niemal 12 punktów bazowych. Niemieckie dwuletnie obligacje osiągnęły najwyższą rentowność od lipca 2024 roku, a japońskie od 31 lat. I właśnie tutaj historia robi się szersza niż tylko Fed. Rynki zaczynają wyceniać możliwość bardziej restrykcyjnej polityki pieniężnej jednocześnie w kilku dużych gospodarkach.
Teraz liczą się dane z rynku pracy i inflacja
Najważniejszym testem będzie piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy. Ekonomiści oczekują wzrostu zatrudnienia poza rolnictwem o około 58 tys. po szokującym spadku o 23 tys. w lipcu. Wszystko to przy stopie bezrobocia utrzymującej się na poziomie 4,1%. To bardzo niewielki przyrost jak na amerykańskie standardy. Choć teoretycznie nawet taki wynik może nie wystarczyć, aby Fed zrezygnował z rozważania podwyżki. Co innego, gdyby zatrudnienie sensacyjnie spadło.
Warto zwrócić uwagę właśnie na ten asymetryczny układ. Aby zdecydowanie zepchnąć wrześniową podwyżkę ze stołu, dane z rynku pracy musiałyby prawdopodobnie okazać się wyraźnie słabsze od prognoz. Kilkadziesiąt tysięcy nowych etatów przy stabilnym bezrobociu może zostać uznane za wystarczające, by Fed nadal koncentrował się na inflacji.
Po decyzji zostanie nam już tylko 11 września i publikacja danych CPI. To może być właściwy punkt zapalny. Na razie inwestorzy zachowują ostrożność. Rynek zrozumiał, że scenariusz „wysokie stopy na dłużej” może być na tym etapie zbyt łagodny. Przynajmniej w samych rozważaniach.