W ostatnich dniach rynki zareagowały nerwowo na doniesienia, że duzi inwestorzy z północnej Europy – przede wszystkim skandynawskie fundusze emerytalne – rozważają ograniczenie ekspozycji na aktywa denominowane w dolarze, w tym obligacje skarbowe Departamentu Skarbu oraz udziały w czołowych spółkach zza oceanu. Tytułowe „myślimy o tym” padło w kontekście dyskusji szefów kilku instytucji z regionu nordyckiego, a medialny szum szybko przekuł się w spekulacje o potencjalnym masowym odpływie kapitału, który mógłby wstrząsnąć amerykańskim rynkiem długu i akcji. Rzeczywistość okazuje się jednak znacznie bardziej zniuansowana.
Największe nordyckie fundusze emerytalne rzeczywiście podjęły konkretne kroki. Szwedzka Alecta sprzedała większość posiadanych papierów amerykańskich, zwł. obligacje skarbowe USA w ciągu ostatniego roku, duńska AkademikerPension informowała już, ze planuje pozbyć się swojego portfela tychże obligacji (wartego około 100 mln USD) do końca stycznia 2026 r. Inne podmioty – Ilmarinen, Veritas czy AP3 – ograniczają się na razie do ostrożnych ocen ryzyka, bez ogłaszania masowych wyprzedaży.
Obligacje skarbowe na pieńku?
Według niektórych analityków rynkowych, około połowa północnoeuropejskich klientów (głównie ze Skandynawii i Holandii) analizuje możliwość „przechylenia” alokacji z dala od aktywów amerykańskich. Skala tych ruchów pozostaje jednak symboliczna w porównaniu z globalnymi portfelami. Główne powody? Niepewność geopolityczna związana z polityką zagraniczną Waszyngtonu, rosnąca premia za ryzyko, jaką obciążone są obligacje skarbowe USA oraz obawy o długoterminową stabilność dolara przy rekordowym zadłużeniu federalnym.
Rentowność 30-letnich zobowiązań Departamentu Skarbu oscyluje wokół 4,9 proc., a dolar stracił w ubiegłym roku około 10 proc. wobec uśrednionego grona wiodących walut świata. To wszystko brzmi groźnie – są jednak także i sygnały o innym wydźwięku. Według najnowszych statystyk TIC Departamentu Skarbu USA, obligacje skarbowe w posiadaniu zagranicznym osiągnęły rekordowy poziom w listopadzie 2025 r. (9,355 bln USD). Europa odpowiadała zaś za aż 80 proc. netto popytu na nie od kwietnia do listopada 2025 r. – mowa o około 240 mld euro wpływów w samym okresie.
Taki kryzys – to jeszcze nie dziś
Nawet po uwzględnieniu ostatnich ruchów nordyckich funduszy nie widać przy tym oznak szerokiej wyprzedaży. Wręcz przeciwnie: europejscy inwestorzy masowo kupowali amerykański dług w okresach największej turbulencji w 2025 r., traktując go nadal jako atrakcyjny składnik portfela. Amerykański rynek długu pozostaje najgłębszy i najbardziej płynny na świecie (wartość tychże obligacji przekracza 30 bln USD), a próba wykorzystania tych aktywów przez Europejczyków jako ekonomicznej broni masowego rażenia groziłaby im samym być może większymi stratami niż Stanom Zjednoczonym.
W efekcie mamy klasyczny przypadek amplifikacji medialnej: kilka głośnych deklaracji z grona nordyckich funduszy emerytalnych (które łącznie zarządzają setkami miliardów, ale stanowią ułamek globalnego rynku) przeradza się w narrację o wiszącym krachu. Tymczasem liczby pokazują kontynuację napływu kapitału, a nie jego odpływ. Od pomysłu wyprzedaży amerykańskich aktywów odcięli się prezesi jednych z głównych europejskich banków, jak UBS czy Deutsche Banku.
Inwestorzy instytucjonalni ze Skandynawii natomiast – i to też nie wszyscy, niektórzy bowiem z USA nie zamierzają się wycofywać – tłumaczą swoje ruchy dostosowaniem portfela. Nie przyczynami politycznymi – mimo, że tych ostatnio akurat by im nie brakowało, gdyby chcieli po nie sięgnąć.