Październik i listopad przyniosły mieszny obraz amerykańskiej gospodarki. Dochody rosną, wydatki rosną szybciej, ale oszczędności gospodarstw domowych w USA topnieją. Dochód osobisty zwiększył się w październiku o 30,6 mld dolarów, a w listopadzie o 80 mld.
W ujęciu miesięcznym to odpowiednio 0,1 i 0,3 proc. Dochód dysponowany zachowywał się podobnie: 12 mld dolarów wzrostu w październiku i 63,7 mld w listopadzie. Głównym źródłem były płace, a pod koniec roku również dywidendy. Dane PCE są kluczową miarą dynamiki obserwowaną przez Fed.
Sporo opóźniony (przez zamknięcie rządu w USA), październikowa publikacja inflacji PCE wypadła zgodnie z oczekiwaniami rynków. Co istotne, estymowanye ceny PCE za październik pochodzą ze średniej geometrycznej wskaźnika CPI za okres wrzesień-listopad.
Widzimy zatem, że w październiku część wzrostu zjadły słabsze transfery z biznesu i spadek dochodów w rolnictwie. Co ważne, publikowany chwile później wskaźnik gospodarczy z regionu Kansas City spadł do poziomu 0 wobec 4 prognoz i 1 poprzednio.
Wydatki wyraźnie wyprzedzają dochody
Problem polega na tym, że Amerykanie wydają szybciej, niż zarabiają. Konsumpcja osobista wzrosła o 98,6 mld dolarów w październiku i 108,7 mld w listopadzie, czyli po 0,5 proc. miesiąc do miesiąca. Łączne wydatki, uwzględniające także odsetki i transfery, przekroczyły 97 mld w październiku i 107 mld w listopadzie. To tempo nie bierze się znikąd.
Oznacza coraz większe korzystanie z bufora, który w ostatnich latach systematycznie się kurczy. Poziom oszczędności spadł z 843,9 mld dolarów w październiku do 799,7 mld w listopadzie. Stopa oszczędności obniżyła się z 3,7 do 3,5 proc. To wartości, które jeszcze kilka lat temu uznano by za niepokojąco niskie. Dziś stały się normą, ale normą kruchą.
Ten spadek nie wynika z jednorazowego szoku. To konsekwencja miesięcy, w których konsument podtrzymuje wzrost gospodarczy, sięgając coraz głębiej do portfela. Nie wydają się to idealne warunki na 'hossę wspieraną detalicznymi inwestorami’. A jak wiadomo, to właśnie oni są na Wall Street bardzo potrzebni instytucjom. Spadek oszczędności nigdy nie jest dobry dla giełdy. Konsument nie będzie miał za co kupować akcji?
Na co faktycznie idą pieniądze
Struktura wydatków nie pozostawia złudzeń. W październiku największy wzrost po stronie usług dotyczył finansów i ubezpieczeń, ochrony zdrowia oraz kosztów mieszkaniowych i mediów. W towarach rosły wydatki na rekreację, dobra trwałe oraz odzież.
Listopad przesunął akcenty. W usługach znów dominowała opieka zdrowotna i sektor finansowy, natomiast po stronie towarów wyraźnie wzrosły wydatki na paliwa, energię oraz motoryzację. To nie wygląda jak wybuch konsumpcyjnego optymizmu. Bardziej jak dostosowanie do rosnących kosztów życia.
Indeks cen PCE wzrósł o 0,2 proc. zarówno w październiku, jak i w listopadzie. Dokładnie tyle samo wzrosła inflacja bazowa. W ujęciu rocznym PCE przyspieszył z 2,7 do 2,8 proc., a inflacja bazowa podążyła tą samą ścieżką. To poziomy, które wciąż są zbyt wysokie, by Rezerwa Federalna (przynajmniej pod batutą Powella) mogła mówić o pełnym komforcie.
Solidna konsumpcja trzyma gospodarkę w ruchu, ale dzieje się to kosztem spadających oszczędności. Dochody rosną, lecz bez przełomu w realnej sile nabywczej. Inflacja pozostaje lepka dokładnie tam, gdzie Fed patrzy najbardziej. Czy konsumentom wystarczy paliwa?