W reakcji na krwawy zamach terrorystyczny, dokonany w grudniu przez imigrantów-islamistów, Australia chce rozbroić… nie, nie muzułmańskich imigrantów, a australijskich farmerów i sportowców. A także wprowadzić totalitarną kontrolę wypowiedzi, w ramach której głoszenie dowolnych poglądów nieakceptowanych przez polityczny establishment będzie „mową nienawiści”, zaś za krytykę rządowej polityki w dziedzinie – by daleko nie szukać – masowej imigracji z krajów muzułmańskich grozić będą lata więzienia. Tak rząd chce „walczyć” z islamistycznym terroryzmem.
Zamach, o którym mowa, to oczywiście tragedia na plaży Bondi z 14 grudnia 2025 r., w toku której z rąk 50-letniego Sajida Akrama oraz jego 24-letniego syna, Naveeda Akrama, zginęło 15 osób podczas żydowskiego święta. Najwyraźniej traktując powiedzenie „po trupach do celu” całkiem dosłownie, australijski rząd Partii Pracy, pod przewodnictwem premiera Anthony’ego Albanese’a, przeforsował w tym tygodniu przez tamtejszy parlament dwa pakiety zmian prawnych, eufemistycznie określanych jako kontrowersyjne. A które Albanese zapowiedział niemal natychmiast po ataku.
Uczynić oponentów bezsilnymi – i bezbronnymi
Sprawcy, mimo swoich powiązań z radykalnym islamizmem – o których australijskie służby bezpieczeństwa notabene wiedziały (nic jednak z tą wiedzą nie robiąc) – swą broń, której użyli w ataku, posiadali legalnie, uzyskując stosowne licencje. Które to licencje, skądinąd, stanowią na Antypodach stosunkową rzadkość, dostępną dla nielicznych. I to właśnie chce wykorzystać rząd. Zamiast sugerować jakieś konsekwencje wobec winnych monstrualnego niedopatrzenia organów państwowych, koalicja rządząca zwróciła się przeciwko cywilnym australijskim posiadaczom broni, gł. farmerom i sportowcom.
Przeforsowana przezeń ustawa „Combatting Antisemitism, Hate and Extremism (Firearms and Customs Laws) Bill 2026” wprowadza ogólnokrajowy program odpłatnej konfiskaty broni „nadwyżkowej” lub „zakazanej”, która znajduje się w rękach obywateli. A znajduje się, bowiem ta sama ustawa wprowadza sztuczny, w dużej mierze wydumany próg ilości egzemplarzy broni, którą mogą posiadać jej właściciele, a także jeszcze bardziej zawęża i tak ograniczony katalog jej kategorii technicznych, które Australia dopuszcza do posiadania przez cywilnych jej mieszkańców.
Ustawa zawiera także złośliwe zapisy, jak ograniczenia do informacji dostępnej online, a dotyczących uzbrojenia, amunicji czy akcesoriów (oczywiście pod groźbą kar). Przegłosowana w Izbie Reprezentantów, a następnie w Senacie 20 stycznia 2026 r., została uznana za tak źle napisaną, że doprowadziła do rebelii w szeregach parlamentarnej opozycji, której liderka, Sussan Ley, zawarła ciche porozumienie z rządem w kwestii poparcia legislacji. Uchwalono ją pomimo wręcz zaskakująco powszechnego – jak na warunki polityczne, w których funkcjonuje Australia – sprzeciwu społecznego. Władza przecież wie lepiej.
Australia zakneblowana i przyduszona
Druga ustawa, „Combatting Antisemitism, Hate and Extremism (Criminal and Migration Laws) Bill 2026”, kryminalizuje publiczne promowanie nienawiści rasowej poprzez mowę, symbole czy komunikację online, jeśli mogłoby to wywołać subiektywne poczucie zastraszenia, nękania lub obawy o przemoc u osób z grupy docelowej – oparte na rasie, kolorze skóry lub pochodzeniu etnicznym. Grozić za to będzie kara do pięciu lat więzienia, z wyższymi dla przypadków szczególnych, jak radykalizacja dzieci. Oczywiście o tym, co mogłoby wywołać czyjeś subiektywne uczucia, decydować będzie uznaniowo państwo.
Co więcej, minister spraw wewnętrznych zyskuje uprawnienia do oznaczania organizacji politycznych czy społęcznych jako „zakazanych grup nienawiści”. Może to uczynić bez wymogu jakiegokolwiek uczciwego procesu czy nawet ujawniania dowodów, jeśli takowe by miał – a za członkostwo czy działanie w takiej organizacji grozić będzie kara do 15 lat wiezienia. W absurdalny, wręcz rażący sposób rozszerzono zakazy „symboli nienawiści”, wprowadzając domniemanie winy oraz odwrócony ciężar dowodu – to oskarżony ma udowodnić swą niewinność, jeśli zarzuci mu się używanie takowych.
To wszystkie nie zamiast, lecz oprócz milowych kroków, jakie w ciągu ostatnich miesięcy Australia poczyniła na drodze do totalitarnej tyranii. Wspomnieć tu należy wszechogarniającą kontrolę i cenzurę Internetu, jaka stała się w tym kraju normą, czy faktyczny przymus legitymowania się przed skorzystaniem z mediów społecznościowych, wprowadzony pod pretekstem „ochrony dzieci”, którym formalnie dostępu do tych mediów zakazano. Teraz dojdą do tego kary więzienia za urażenie czyichś subiektywnych odczuć, zaś aby nikt nie myślał się opierać, dodatkowo odbierze się Australijczykom narzędzia ku temu. Tak te elektroniczne, jak i kinetyczne.
Taki piękny zamordyzm, co mogłoby pójść nie tak?
Osobną kwestia pozostaje, na ile polityczne chciejstwo i prawny dyktat rządu faktycznie zdoła osiągnąć swoje cele. Premier Queenslandu, David Crisafulli, już odmówił bowiem udziału w federalnej konfiskacie broni, zauważając, że nie adresuje on przyczyn terroryzmu. Podobnie minister policji Tasmanii, Felix Ellis, stwierdził, że jego stan nie zaakceptuje automatycznie ograniczeń dla legalnych właścicieli w myśl nakazów z Canberry. Terytorium Północne odmawia zaś sfinansowania niezbędnych odszkodowań dla właścicieli broni, którym rząd federalny Albanese’a chciałby ją odebrać.
Tymczasem w sfederalizowanym systemie rządów, w którym funkcjonuje Australia, współpraca władz poszczególnych stanów jest kluczowa i niezbędna, by przeprowadzić obydwie te drakońskie reformy. To bowiem organy prowincjonalne miałyby je w większości egzekwować. Tymczasem te nie mają na to chęci, podobnie jak szerokie kręgi wyborców. Zauważa się, że pod dokładnie takimi samymi pretekstami wprowadzono wcześniejsze, masywne zakazy broni w 1996 r. – tymczasem, jak wynika z analiz kryminologicznych, nie miały one większego wpływu na przestępczość na Antypodach.
Odrębną kwestią jest Jest oczywiście kontekst polityczny całej sprawy. Jest bowiem zupełnym przypadkiem, że władze usiłują przeforsować te zgoła totalitarne zmiany akurat teraz, tuż po zamachu, wykorzystując moment kryzysu oraz emocjonalnego szoku. Trzeba trafu, że projekty tych tyrańskich przepisów zmaterializowały się niemal od razu, zupełnie jakby przygotowano je długo wcześniej i jedynie czekano na sprzyjającą chwilę, przy okazji której społeczeństwo te zmiany „łyknie”. A islamski ekstremizm i terror kryminalny imigrantów z krajów Trzeciego Świata?
Tych naturalnie te zmiany nie powstrzymają. Dla rządu Partii Pracy to jednak żaden problem. W końcu – jeśli będzie kolejny zamach, to i będzie kolejna okazja do dalszego dokręcania totalitarnej śruby.